You are currently viewing Burza w kadrze skoczków, trenerski faworyt i trudne rozstanie. Czy uda się rozwiązać konflikt?
Polscy skoczkowie ze sztabem szkoleniowym (fot. Julia Piątkowska)

Burza w kadrze skoczków, trenerski faworyt i trudne rozstanie. Czy uda się rozwiązać konflikt?

Decyzja o zakończeniu współpracy na linii Michal Doležal – Polski Polski Związek Narciarski wciąż odbija się głośnym echem w narciarskim środowisku. Postawa działaczy została skrytykowana przez najstarszych zawodników na czele z Kamilem Stochem. Z drugiej strony pojawiają się informacje o tym, że na zmianach, które „starszyzna” grupy krytykuje, mogą skorzystać młodsi zawodnicy mający być przyszłością tej dyscypliny. Jak w rzeczywistości wygląda wewnętrzna sytuacja skoków narciarskich w Polsce? I kto ma w tym sporze rację?

 

Trudne rozstanie z Doležalem

Koniec sezonu 2021/2022 nie oznacza końca emocji wokół polskiej kadry skoczków narciarskich. Po mocnych słowach Michala Doležala i samych zawodników skierowanych mniej lub bardziej bezpośrednio do Polskiego Związku Narciarskiego, w sieci pojawiło się mnóstwo krytycznych głosów dotyczących sposobu rozstania się z trenerem polskich skoczków. Cytowaliśmy zresztą jednoznaczne opinie części kadrowiczów. – Było w tym wszystkim dużo emocji – nie ukrywa Jan Winkiel, sekretarz generalny PZN. Przyznaje jednocześnie, że w sposobie komunikacji pomiędzy sztabem szkoleniowym, zawodnikami, a samym związkiem, pojawiły się błędy. Zaznacza jednocześnie, że mimo sporej medialnej burzy, sytuacja powoli się klaruje, a rozmowy na linii zawodnicy – PZN powinny niebawem powrócić na lepsze tory. – Wszystko się poukłada, to jest oczywista kwestia, bo to jest w naszym wspólnym interesie. My bez wyników nie istniejmy, oni bez wyników też nie istnieją. Widać jednak, że w pewnym momencie to się zaczęło sypać. A przecież wszyscy nadal wiemy, jak duży w tej grupie tkwi potencjał. Trzeba jednak to delikatnie poukładać i popracować motywacyjnie, a wtedy znowu wszystko zacznie działać – podkreśla. Co to jednak w rzeczywistości oznacza?

Wszyscy przyzwyczailiśmy się w poprzednich latach do nieustającego pasma sukcesów Biało-Czerwonych. Kiedy tych zabrakło, ze strony polskiego sztabu szkoleniowego jeszcze w pierwszej części sezonu zimowego rozpoczęły się nerwowe poszukiwania rozwiązań. Te były, ale właściwie tylko na kilka pojedynczych konkursów, kiedy na pucharowym podium stawali Piotr Żyła i Kamil Stoch, a na igrzyskach sensacyjny brąz wywalczył Dawid Kubacki. To oczywiście wyniki godne pochwały, jednak patrząc na poprzednie sezony, były one incydentalne, a co więcej, nie dawały znowu żadnej nadziei na rozwój następców „wielkiej trójki”. Nie zaczęło brakować także opinii, że to co polscy skoczkowie osiągali w dwóch poprzednich sezonach, zawdzięczają w dużej mierze sile rozpędu, którą nadał czołowym zawodnikom poprzedni trener, Stefan Horngacher. Oczywiście i Austriak popełnił zaniedbania (całkowite odpuszczenie rozwoju zaplecza), a Doležal wprowadził też własne pomysły które przez dwa sezony działały, jednak tym razem wydaje się, że coś się bezpowrotnie wyczerpało.

Czy polskie drzwi faktycznie są już dla Czecha całkowicie zamknięte? Spontanicznie pojawił się pomysł, zgodnie z którym 44-latek miałby potrenować naszych trzech najstarszych reprezentantów, czyli właśnie Żyłę, Stocha i Kubackiego. O taki scenariusz Doležala zapytał Filip Czyszanowski z TVP Sport, a sam zainteresowany miał być nim zainteresowany. Wydawało się też, że stanięcie murem za „Dodem” przez wspomnianą trójkę, również było aprobatą samych skoczków dla takiego pomysłu. Na odpowiedzi musimy poczekać jeszcze kilka dni, jednak takie rozwiązanie jest bardzo mało prawdopodobne, a szanse na nie są niemalże zerowe.

 

Hierarchia w polskiej kadrze

W środowisku nie brakuje opinii, że w ostatnich latach czeskiemu szkoleniowcowi kontrola nad grupą zaczęła się wymykać z rąk. Tajemnicą poliszynela jest także to, że wiodącą postacią w sztabie był w rzeczywistości jego asystent, Grzegorz Sobczyk. I sytuacje, w których coraz częściej to nie Doležal miał mieć decydujące zdanie, przemówiły za tym, aby zakończyć współpracę ze zbyt mało stanowczym trenerem, który miał coraz większe problemy z utrzymaniem dyscypliny na własnych warunkach. – Relacje pomiędzy trenerami, zawodnikami, a nawet PZN-em trochę się zagubiły. Doszło także trochę do tego, że sposób zarządzania kadrą przybrał kształt „klubu sportowego”, a nie chodzi przecież o to, żeby rywalizować z kimkolwiek w Polsce. Nam zależy na tym, żeby trenerzy się nie zamykali na inne opcje, chcemy żeby najlepsi skakali jak najlepiej i to oni jeździli na zawody – zaznacza Winkiel.

Warto jednocześnie zaznaczyć, że poza wspomnianą trójką „weteranów”, pozostali kadrowicze nie wypowiadali się już w tak ostrych słowach w temacie zakończenia współpracy z Czechem. Niektórzy nie odnieśli się do tematu prawie w ogóle. Ponoć dla niektórych z nich, zmiana trenera ma być nowym impulsem i szansą na „przebicie” się do światowej czołówki przy pomocy całkiem nowego pomysłu. A tego przyszłość naszych skoków narciarskich łaknie jak kania dżdżu. Po raz kolejny można też wywnioskować, że zmiany łatwiej przyjmą się u młodszych i elastycznych pod względem podejścia sportowców, niż u „starych mistrzów”, którym oczywiście nie odmawiamy potencjału. Stąd wydaje się, że pomysł podzielenia kadry na „weteranów” którym pokierowałby pasujący im trener, a także „aspirujących”, których poprowadziłby ktoś ze świeżym podejściem, mógłby dać oczekiwane rezultaty. Jeśli jednak by się na to nie zdecydowano  (byłaby to opcja bardzo kosztowna), to koniecznie trzeba zadać sobie pytanie czy stawiać na młodość, czy priorytetowo traktować inwestycje w wiekowych mistrzów. Tym bardziej, że przecież nowy szkoleniowiec wcale nie musiałby oznaczać dla „starszyzny” zmiany… na gorsze. – Chcemy, żeby to był trener, do którego także zawodnicy pokroju Kamila będą mieli zaufanie. Żeby to była osoba, z którą tacy zawodnicy także wskoczą na kolejny poziom – słyszymy z PZN.

Zarząd Polskiego Związku Narciarskiego ma obradować już we wtorek i wtedy działacze będą po rozmowach z zawodnikami i kandydatami na następcę, a co za tym idzie bliżej finalnego rozstrzygnięcia. Nazwisko nowego szkoleniowca polskiej kadry poznamy najprawdopodobniej pod koniec zaczynającego się tygodnia. Wiemy już, że szkoleniowcem nie pozostanie Doležal, wcześniej po rozmowach podziękowano Finowi Mice Kojonkoskiemu i Austriakowi Alexandrowi Pointnerowi, ostatecznie zrezygnowano też z pomysłu namaszczenia na trenera głównego Macieja Maciusiaka. Choć do jego osoby jeszcze wrócimy.

 

Austriaccy faworyci na stanowisko trenera

Teraz w grze zostali już prawdopodobnie tylko dwaj kandydaci. Obaj są Austriakami i obaj mają swoje korzenie w szkoleniu rodzimej młodzieży, zresztą z dużymi sukcesami. Nie jest tajemnicą, że jednym z nich jest Thomas Thurnbichler, który zresztą miał już otrzymać od PZN-u konkretną ofertę. Możemy domniemywać, że drugim jest albo Nik Huber, którego z polską stroną (według informacji Mateusza Lelenia z TVP Sport) skontaktował Andreas Goldberger, albo kolejny Austriak Florian Liegl, który również kilkukrotnie przewijał się wśród potencjalnych kandydatów. Wcześniej pojawiło się również nazwisko Christopha Stricknera, który trenersko także wywodzi się z narciarskiego gimnazjum w Stams. Teraz wiemy, że nie jest on w gronie kandydatów… choć nie jest wykluczone, że również zawita do polskiego sztabu szkoleniowego w roli asystenta.

To jednak na Thomasa Thurnbichlera coraz bardziej zwracają się oczy naszego narciarskiego światka. Jeśli wybór padłby na 32-latka, z pewnością byłoby to nowe otwarcie w polskich skokach narciarskich. Austriacki szkoleniowiec, mimo młodego wieku, już teraz jest uznawany za jednego z najlepszych specjalistów w swojej dziedzinie. I co więcej, nie byłby wyłącznie menedżerem (jak Pointner, czy Alexander Stöckl w Norwegii), a trenerem w pełnym tego słowa znaczeniu. Thurnbichler według opinii wielu osób z narciarskiego środowiska jest znakomitym ekspertem od techniki, a także sprzętu. Niewykluczone, że na tej drugiej płaszczyźnie pomógłby mu jako asystent Mathias Hafele, czyli ceniony specjalista w zakresie kombinezonów. A w ich jakości Biało-Czerwoni mieli minionej zimy spore problemy, o czym może świadczyć nie tylko największa liczba dyskwalifikacji wśród wszystkich ekip, ale także to, że wprowadzone dopiero w drugiej części sezonu m.in. żółte stroje zaczęły przynosić lepsze rezultaty. Zresztą dwójka Thurnbichler – Hafele, była już wymieniana w gronie osób, które miały zacząć współpracę z Polakami, jednak wówczas mieli oni być… asystentami Pointnera. Coraz więcej wskazuje na to, że akcje potencjalnego asystenta stały się bardziej wartościowe niż jego potencjalnego zwierzchnika.

Wydaje się, że jeśli finansowo obie strony się dogadają, to Thurnbichler mógłby opuścić trenera austriackiej kadry Andreasa Widhölzla (którego teraz jest asystentem) i wpasowałby się idealnie w „polski” model szkoleniowy. A ten uwzględniać powinien konieczność trenerskiego (a nie wyłącznie menedżerskiego) podejścia i trudną sytuację naszych klubów narciarskich, na których trudno byłoby obecnie oprzeć szkolenie. Wciąż pojawiają się wątpliwości dotyczące wieku potencjalnego następcy, jednak większość naszych rozmówców kontruje je znakomitą opinią związaną z trenerskim warsztatem Austriaka. Kiedyś zobaczyłem rozpiskę, kiedy do największych kadr przychodziły największe obecnie trenerskie legendy, takie jak Stöckl, czy Kojonkoski. To byli trenerzy między trzydziestym a czterdziestym rokiem życia. Oni mają wtedy najwięcej motywacji – twierdzi sekretarz generalny PZN.

 

Polska opcja? To wciąż melodia przyszłości

Wracając jeszcze na chwilę do Macieja Maciusiaka… Skoro Polski Związek Narciarski faktycznie tak bardzo ceni trenerski warsztat 39-latka, dlaczego w pewnym momencie porzucono pomysł zrobienia go głównym szkoleniowcem? Można domniemywać, że jego kandydatura, która byłaby przyjęta optymistycznie przez część zawodników, przez innych byłaby trudna do zaakceptowania. Warto zauważyć, że praca, którą Maciusiak wykonywał nie tylko w tym sezonie, ale też w latach poprzednich, pomagała wrócić do formy nie jednemu kadrowiczowi. Była to praca wykonywana przede wszystkim „na zapleczu”, w realiach krajowych treningów i w rzeczywistości drugoligowego Pucharu Kontynentalnego. Wygląda jednak na to, że ponownie będzie on pełnił funkcję „naprawczą”, najprawdopodobniej jako trener kadry B. Bo jak już wspominaliśmy, ponowne podzielenie jednej wielkiej kadry narodowej na dwie grupy wydaje się nieuniknione. – Maciej Maciusiak to projekt na lata. Wiemy, że jest świetnym trenerem i do tego organizatorem. To świetny materiał trenerski na zmianę pokoleniową. Ma holistyczne spojrzenie, wyczucie, intuicję na skoczni i siłowni. Lubi mieć jednak swoje bardzo stanowcze zdanie, co sprawia, że różnie bywało z jego rolą asystenta – mówi nam Winkiel. Wspomniana opcja austriacka wydaje się być zatem szansą na nowe otwarcie, które będzie jednocześnie oczyszczeniem atmosfery w polskiej kadrze. Czy to przyniesie oczekiwane rezultaty? Póki co czekamy na oficjalne decyzje.

 

Anna Fergisz, Bartosz Leja,
informacja własna

 

Dodaj komentarz