You are currently viewing Szkolił Lindvika w czasach juniorskich, teraz pomaga mu wrócić do formy. „Zadzwonił i zapytał, czy spotkamy się przy kawie”
Yngve Ludvigsen (fot. archiwum prywatne)

Szkolił Lindvika w czasach juniorskich, teraz pomaga mu wrócić do formy. „Zadzwonił i zapytał, czy spotkamy się przy kawie”

Pracował z największymi postaciami obecnych norweskich skoków, widział naprawdę wiele. Po kilku latach z pomocą zwrócił się do niego Marius Lindvik pragnący odzyskania swojej dawnej dyspozycji. Yngve Ludvigsen w rozmowie z naszym portalem opowiada o swoim aktualnym podopiecznym, o realiach dyscypliny w Norwegii, a także o swoim życiu.

 

Wiktor Marczuk: Co zaimponowało Panu najbardziej w skokach Mariusa Lindvika z Engelbergu?

Yngve Ludvigsen: W sobotę oddał dwa naprawdę dobre skoki. To była udana kontynuacja pracy z Lillehammer, bo Klingenthal okazało się trochę słabszym weekendem. Marius bardzo dobrze trzyma się wyznaczonego procesu, a zawody w Niemczech ostatecznie nie odbiły się na nim negatywnie. Pracował dalej, a efekty przyszły w Engelbergu.

 

Jakie były okoliczności Pana powrotu do współpracy z Mariusem?

Nie był usatysfakcjonowany z poziomu swojej dyspozycji zimą 2022/2023. Poza trzecim miejscem osiągniętym w Wiśle nic go nie zadowoliło. Marius zadzwonił do mnie i powiedział, że chce spróbować nie czegoś nowego, ale innego w przygotowaniach do kolejnego sezonu. Myślę, że ze mną czuje się komfortowo, bo był pod moją opieką jeszcze jako bardzo młody zawodnik. Powiedzmy, że chciał wrócić do korzeni.

 

Pamięta Pan pierwsze „spotkanie po latach”?

Marius zadzwonił do mnie i zapytał, czy spotkamy się przy kawie u niego w domu. Trochę pogadaliśmy i stwierdziliśmy, że to dobry moment na wdrożenie naszego planu.

 

MariusLindvik PSLillehammer2023 fotJuliaPiatkowska 300x200 - Szkolił Lindvika w czasach juniorskich, teraz pomaga mu wrócić do formy. „Zadzwonił i zapytał, czy spotkamy się przy kawie"
Marius Lindvik (fot. Julia Piątkowska)

Na czym opierał się ten plan?

Tak naprawdę na niczym wyjątkowym, to było głównie dopracowywanie małych detali. Pracowaliśmy nad nimi jeszcze, gdy Marius był młodszy. Wyglądało na to, że po prostu o nich zapomniał. A szkoda, bo te szczegóły w dużej mierze zbudowały Mariusa jako wielkiego skoczka. Aktualnie pracuje nie tylko ze mną, bo pomaga mu także Øyvind Grønn, no i oczywiście wspiera go Alex Stöckl wraz z drużyną. Teraz Marius prezentuje się naprawdę dobrze. Tak jak mówiłem, wróciliśmy do korzeni, głównie jeśli chodzi o technikę. To są małe detale, które tak naprawdę trudno objaśnić. W oparciu o nie trzeba było wszystko poskładać od nowa.

 

Co mogło być głównym problemem Mariusa w sezonie 2022/2023?

Spróbuję odpowiedzieć, przytaczając przykład obecnej sytuacji u was, w Polsce. To nie jest tak, że macie teraz słabych skoczków, po prostu diabeł tkwi w szczegółach. Tak samo było z Mariusem. Miał w swoich skokach sporo drobnych niedopracowanych detali, które powinny tworzyć zgodną całość. Jeśli one nie będą ze sobą współgrać, to wtedy tracisz piętnaście metrów. Tak zwykłem mawiać. 

 

Swego czasu Marius w rozmowie z naszym portalem przyznał, że jest zawodnikiem turniejowym. Zgodzi się Pan?

Tak, bo zdołał to udowodnić choćby poprzez złoty medal zdobyty na igrzyskach olimpijskich w Pekinie. Triumfował też podczas mistrzostw świata w lotach. Zdaje się, że Marius potrafi łapać specjalne okazje.

 

Wierzy Pan, że pech odgrywa dużą rolę w skokach narciarskich?

Tak.

 

MariusLindvik BischofshofenPS2022 fotJuliaPiatkowska winner 300x200 - Szkolił Lindvika w czasach juniorskich, teraz pomaga mu wrócić do formy. „Zadzwonił i zapytał, czy spotkamy się przy kawie"
Marius Lindvik (fot. Julia Piątkowska)

Pytam, bo patrzę na statystyki Mariusa w Turnieju Czterech Skoczni: 2019/2020 – drugie miejsce, 2020/2021 – wykluczony z rywalizacji przez ból zęba, 2021/2022 – drugie miejsce. Jak to wytłumaczyć?

Tak naprawdę nie wiem. Myślę jednak, że Mariusowi odpowiada kształt rywalizacji w Turnieju Czterech Skoczni. Do tego dochodzi świetna atmosfera tworząca cały spektakl, tworzy się z tego sporo zabawy. Skocznie także przypadają mu do gustu, więc wydaje mi się, że z kombinacji tych wszystkich czynników tworzy się dobra forma Mariusa na przełomie grudnia i stycznia.

 

Rozmawialiście po złotym medalu Mariusa w Pekinie?

Jasne. Złożyłem Mariusowi gratulacje i życzyłem powodzenia w dalszych występach. Zawsze to robię, gdy osiąga dobre wyniki i nie jest to zależne od tego, czy aktualnie go trenuję. Mamy głęboką relację, można powiedzieć, że traktuję Mariusa jak członka rodziny. Świetnie znam się także z jego ojcem.

 

Potrafiłby Pan opisać Mariusa jako człowieka?

Jest wyjątkowo spokojny i wyluzowany. Zawsze przyjaźnie usposobiony do innych, ma bardzo dobre poczucie humoru. Ma też w sobie naprawdę ważną rzecz – pokorę. Pokora jest bardzo pomocna w kontekście jego obecnego powrotu do lepszej dyspozycji. Każdy mały kroczek w przód mocno go satysfakcjonuje. A takowe są widoczne – czy to w treningu, czy to na zawodach. Marius nie jest typem człowieka, który z miejsca pragnie jak największej ilości miejsc na podium, bo cieszy go progres i osiąganie z każdym konkursem coraz lepszych wyników.

 

MariusLindvik winner MSLVikersund2022 fotJuliaPiatkowska 300x201 - Szkolił Lindvika w czasach juniorskich, teraz pomaga mu wrócić do formy. „Zadzwonił i zapytał, czy spotkamy się przy kawie"
Mistrz świata w lotach 2022, Marius Lindvik (fot. Julia Piątkowska)

Zapytałem o to, by dowiedzieć się, jak u Mariusa z ambicjami. U wielu skoczków są one naprawdę spore, a Marius ma prawo je mieć, bo osiąga sukcesy już od juniorskich lat.

Jego marzeniem zawsze było wygranie Turnieju Czterech Skoczni oraz Kryształowej Kuli. Jest zawodnikiem cierpliwym, ale nie przeszkadza mu to w wyznaczaniu sobie wysokich celów. 

 

Marius Lindvik jako junior bardzo różni się od dorosłego Mariusa Lindvika ze światowej czołówki?

Nie wydaje mi się. Kiedy Marius był młodszy, osiągał postępy na treningach, uzyskiwał dobrą dyspozycję, to potrafił z tego wszystkiego skorzystać i odpowiednio się skoncentrować, gdy przychodziły ważne zawody. Kilka lat starszy Marius pokazuje, że nadal w nim to tkwi – zdobył złoto igrzysk olimpijskich na dużej skoczni za pierwszym podejściem.

 

Przejdźmy teraz do Pańskiej kariery skoczka. Miał Pan jedyną szansę, by w 1990 roku wystąpić w ramach Pucharu Świata na Holmenkollen w Oslo. Ostatecznie te zawody uznano jednak jako niezaliczające się do rangi PŚ (przez odwilż skakano na niedopuszczalnych wtedy torach ceramicznych). Wówczas dużą rolę odgrywał też bunt skokowego środowiska przeciw działaniom FIS. Pamięta Pan te wydarzenia?

Naprawdę znalazłeś moje wyniki? (śmiech) Ja sam to wszystko niezbyt dobrze pamiętam. Wiem, że za czasów juniorskich zająłem trzecie miejsce w krajowym konkursie mistrzowskim na mniejszej skoczni, stojąc na podium razem z Kentem Johanssenem. Jeździłem na Puchary Kontynentalne (wówczas Puchar Europy – przyp. red.), bywałem w Stanach Zjednoczonych, w Japonii.

 

A radził Pan sobie z jet lagiem?

Powiedzmy… najgorzej było dopiero po przyjeździe do domu.

 

Oslo Holmenkollen 2022 fotJuliaPiatkowska2 300x200 - Szkolił Lindvika w czasach juniorskich, teraz pomaga mu wrócić do formy. „Zadzwonił i zapytał, czy spotkamy się przy kawie"
Skocznia w Oslo-Holmenkollen (fot. Julia Piątkowska)

Był Pan skoczkiem w erze Vegarda Opaasa, później też Espena Bredesena. Jak bardzo popularne było wówczas uprawianie skoków narciarskich w Norwegii?

Na pewno realia wyglądają inaczej, niż teraz. Pamiętam jedne krajowe zawody, podczas których widniał następujący podział: 16-17 lat – juniorzy młodsi, 18-19 lat – juniorzy starsi. W tej pierwszej kategorii do startu zgłosiło się około 200 zawodników, a do drugiej około 150. Teraz jest wyraźnie gorzej, oscyluje przy 50-60. Takie spadki mają miejsce także w innych państwach. 

 

Koniec kariery zawodniczej nastąpił przez brak motywacji?

Można tak powiedzieć, ale zwrócę też uwagę na inny aspekt. Kiedy starałem się trafić do światowej czołówki, to w tym samym czasie do Pucharu Świata przebijali się już tacy skoczkowie, jak Sven Hannawald. Nie odnajdowałem się w świecie, gdzie musiałem rywalizować z zawodnikami „wagi piórkowej”. Było mi bardzo trudno zbijać wagę do odpowiedniego poziomu. Bałem się, że wpadnę w niebezpieczną dla zdrowia skrajność, więc wolałem odstawić narty na kołku. Na szczęście nadszedł czas, gdy wprowadzono odpowiednie regulacje dotyczące wagi u skoczków.

 

Czy te kłopoty związane z wagą wpłynęły na Pana dalsze życie, już poza skokami?

Na szczęście nie. Zyskałem trochę kilogramów dość szybko po moim zakończeniu kariery. Zacząłem grać w piłkę nożną, wszystko się ustabilizowało. Potem przyszło życie codzienne, założenie rodziny i jakoś staram się ciągle utrzymywać dobrą formę.

 

Zyla.Piotr Stoch.Kamil pilka.nozna .2016.euro fot.Alicja.Kosman.PZN  300x200 - Szkolił Lindvika w czasach juniorskich, teraz pomaga mu wrócić do formy. „Zadzwonił i zapytał, czy spotkamy się przy kawie"
Piotr Żyła i Kamil Stoch grający w piłkę (fot. Alicja Kosman / PZN)

Piłka nożna na poziomie profesjonalnym, czy raczej hobbystycznie?

Nie dostawaliśmy za to pieniędzy, ale jeśli dobrze pamiętam, grałem na trzecim poziomie norweskich rozgrywek, w klubie Holter IF. Byliśmy wówczas w tak zwanej „drugiej dywizji”. Na szczycie mieliśmy ligę elitarną, potem dywizję pierwszą i dywizję drugą. Najlepszy sezon to piąte miejsce w tabeli. Byłem obrońcą, „Iron Manem” (śmiech)

 

I dochodzimy do momentu, w którym rozpoczął Pan karierę trenera. Jak do tego doszło?

Wiadomo, po zakończeniu etapu jako zawodnik byłem trochę zmęczony skokami narciarskimi, ale do czasu. 15 lat temu dostałem telefon od znajomego, który chciał mnie wkręcić w pracę z juniorami. Odpowiedziałem mu „OK, w sumie mogę spróbować”. Tak już zostało na lata – uwielbiam to, co robię. Bardzo cieszy mnie widok, gdy młodzi poznają tę dyscyplinę, doświadczają pierwszych przygód z tym sportem, skaczą coraz dalej. Obok tego mam jeszcze drugą pracę, więc trenowaniem juniorów zajmuję się wieczorami i w weekend.

  

W 1990 roku, jak już wspominałem, byli ludzie, którzy nie obawiali się mówić tego, co myślą. Pana dawny podopieczny, Halvor Egner Granerud, również nie gryzie się w język.

Znałem Halvora nie tylko z czasów juniorskich, ale nawet i wcześniej. Zawsze taki był. Teraz trochę to w sobie tamuje, ale sporo było w nim spontaniczności i brawury. Zawsze sobie żartował, robił naprawdę szalone rzeczy – wykonywał skok narciarski nago (śmiech). Byłem wówczas jego nauczycielem w szkole w Oslo i szybko zadzwoniłem do dyrektora, by poinformować go, co Halvor wyrabia. Z perspektywy czasu można się jednak naprawdę porządnie z tego pośmiać.

 

Halvor Egner Granerud 2 fot. Julia Piatkowska 300x200 - Szkolił Lindvika w czasach juniorskich, teraz pomaga mu wrócić do formy. „Zadzwonił i zapytał, czy spotkamy się przy kawie"
Halvor Egner Granerud (fot. Julia Piątkowska)

Praca nauczyciela zabrzmiała teraz ciekawie.

Nie tylko Halvor tam się uczył. Byli także Marius Lindvik, Jarl Magnus Riiber, Jens Lurås Oftebro, oni wszyscy uczęszczali właśnie tam. Trenowali w klubie Kollenhopp, gdzie aktualnie pracuję.

 

Halvor był problematycznym uczniem?

Tak bym tego nie nazwał. Cała ta grupa, z którą pracowałem, po prostu lubiła „robić sobie jaja”. Nie byli ordynarni ani chamscy, ale mieli w sobie sporo szaleństwa. Szczegóły niech lepiej zostaną pomiędzy nami (śmiech).

 

A czy to szaleństwo Pana zdaniem przejawia się jeszcze teraz u niego?

Tak jest, szczególnie pokazują to ostatnie sezony. Nawet, gdy gramy w piłkę, to on zawsze chce walczyć, jest głodny rywalizacji. Nadal widzę ten metaforyczny „błysk w oku”, który pamiętam z poprzednich lat.

 

HalvorEgnerGranerud RyoyuKobayashi Lahti2022 fotJuliaPiatkowska 300x200 - Szkolił Lindvika w czasach juniorskich, teraz pomaga mu wrócić do formy. „Zadzwonił i zapytał, czy spotkamy się przy kawie"
Halvor Egner Granerud i Ryoyu Kobayashi (fot. Julia Piątkowska)

Skoki narciarskie potrzebują takich barwnych postaci, jak Halvor?

Zdecydowanie tak. Ważni są też zawodnicy z artystyczną duszą, jak choćby Ryōyū Kobayashi. Ma w sobie naprawdę coś fajnego – można popatrzeć, że poza skokami czasami lubi pograć sobie w golfa. Każdy sport potrzebuje takich ludzi, bo to właśnie oni generują zainteresowanie. Nie mogą dominować sportowcy-maszyny, którzy tylko robią swoje w danej dyscyplinie. To jest po prostu nudne.

 

Stać Halvora na medal mistrzostw świata w lotach?

Oczywiście, że tak. Halvor wciąż ma czas, by poprawić swoją technikę i rozwiązać wszystkie problemy sprzętowe. Zarówno jego, jak i Mariusa widzę w roli potencjalnych zwycięzców na Kulm. Jestem jednak świadomy, że teraz bardzo ciężko jest powstrzymać Stefana Krafta i Niemców. Są naprawdę świetni. 

 

Zapanowanie nad tymi wszystkimi talentami jako trener i nauczyciel było wyzwaniem?

Na szczęście dało się to zrobić. Byli naprawdę w porządku, z treningów przychodziło sporo zabawy. Wszystko przebiegało sprawnie, wokół siebie miałem także pomocnych trenerów. Kluczem był dobry system szkoleniowy, tworzenie nowych gwiazd skoków narciarskich i kombinacji norweskiej.

 

Lindvik Granerud Bischofshofen2022 fotJuliaPiatkowska 300x201 - Szkolił Lindvika w czasach juniorskich, teraz pomaga mu wrócić do formy. „Zadzwonił i zapytał, czy spotkamy się przy kawie"
Marius Lindvik i Halvor Egner Granerud (fot. Julia Piątkowska)

Trudno było znaleźć dynamikę między „surowym rodzicem” a „dobrym kolegą”?

Stroniłem od koleżeństwa. Musiałem pamiętać o tym, że jestem trenerem i nauczycielem, a po części moim zadaniem jest być wymagającym. Nie zabrania mi to jednak czerpania z mojej pracy frajdy, gdy są do tego okoliczności. Gdy uda się zrobić zawodnikom dobry dzień, to wtedy łatwiej im jest solidnie zaprezentować się na skoczni. To duża część mojej trenerskiej filozofii – po prostu baw się dobrze.

 

Czego najtrudniej nauczyć juniora?

Wydaje mi się, że po prostu latania. Lot to bardzo ważna część skoku narciarskiego – kontrolowanie w powietrzu nart, całego ciała przy tak wielkiej prędkości. To po prostu wydaje się przerażające.

 

A jak widzi Pan przyszłość obecnych norweskich juniorów? Występ na mistrzostwach świata w Whistler nie był najlepszy.

Nastroje w związku z tym czempionatem nie są zbyt pozytywne. Mamy w obecnym składzie bardzo cenne nazwiska, ale wszystko robi się trudniejsze, gdy liczba chętnych do skakania spada. W Kollenhopp mamy wprawdzie świetny system rekrutacyjny, ale to jeszcze nie wszystko, by sytuację można było nazwać dobrą.

 

IMG 2119 300x200 - Szkolił Lindvika w czasach juniorskich, teraz pomaga mu wrócić do formy. „Zadzwonił i zapytał, czy spotkamy się przy kawie"
Sindre Ulven Joergensen (fot. Anna Karczewska / PZN)

Z Kollenhopp powiązany jest np. Sindre Ulven Jørgensen, który wyraźnie się rozwija.

Tak, to obiecujący zawodnik. Mam nadzieję, że niedługo spróbuje swoich sił w Pucharze Świata. Jeśli będzie podtrzymywał swój dotychczasowy poziom, zasłuży sobie na to.

 

Niedawno w waszych lokalnych mediach mówiło się także o Matsie Strandbråtenie z rocznika 2006, który wystąpił na tegorocznym Olimpijskim Festiwalu Młodzieży Europy.

Kluczem jest wsparcie ze strony jego ojca – Kjetila Strandbråtena, który jest trenerem. To jeden z topowych szkoleniowców w Norwegii, który dawniej pracował w strukturach kadry narodowej. Mats dzięki pracy swojego ojca ma tak naprawdę codzienny dostęp do tajników szkoleniowych, bardzo dla niego pomocnych. Żeby kolejne lata były dla naszego kraju owocne, musimy dbać o nasze zasoby, dać dostęp do najlepszych trenerów. Oni są potrzebni nie tylko na skoczni, ale także na siłowni, w innych miejscach. Trochę nam tego w Norwegii brakuje.

 

rozmawiał Wiktor Marczuk   

 

Dodaj komentarz