You are currently viewing Adam Małysz przed rywalizacją w Wiśle: „Będzie zdziwienie. Niektórzy zawodnicy mogą lądować na buli”
Adam Małysz (fot. Julia Piątkowska)

Adam Małysz przed rywalizacją w Wiśle: „Będzie zdziwienie. Niektórzy zawodnicy mogą lądować na buli”

Już dzisiaj w Wiśle wystartuje pierwszy w historii PolSKI Turniej rozgrywany w ramach zimowego Pucharu Świata. Międzynarodowa stawka rozpocznie zmagania na skoczni HS-134 (K-120), której patronem jest sam prezes Polskiego Związku Narciarskiego i jednocześnie wybitny zawodnik sprzed lat, Adam Małysz. 46-latek tuż przed tymi zawodami opowiedział o samym turnieju, formie reprezentantów Polski, a także przebudowie obiektu i jego znaczeniu dla skoczków.

 

PolSKI Turniej czas zacząć!

PolSKI Turniej odbędzie się na skoczniach w Wiśle (HS-134), Szczyrku (HS-104) oraz Zakopanem (HS-140). Zmagania na obiekcie im. Adama Małysza, Skalitem oraz Wielkiej Krokwi wyłonią zwycięską reprezentację, ponieważ w ramach turnieju będzie prowadzona oficjalna klasyfikacja drużynowa. W jej ramy zostaną ujęte noty zawodników z konkursu duetów (13 stycznia w Wiśle) i tradycyjnej drużynówki (20 stycznia w Zakopanem), a także punkty dwóch najlepszych skoczków danej nacji z trzech serii kwalifikacyjnych i trzech konkursów indywidualnych. Dla zwycięskiej drużyny jest przewidziana nagroda finansowa w wysokości 50 tysięcy euro. Jak ten format widziany jest oczami prezesa PZN Adama Małysza?

Myśleliśmy o tym dość długo. Już w lecie mieliśmy konsultacje z dyrektorem Pucharu Świata Sandro Pertile, który mówił, że fajnie byłoby zrobić coś innego, wyjątkowego. Uznaliśmy, że dlaczego nie zrobić czego dla całych drużyn, żeby wszyscy byli w to zaangażowani. Teamy będą podchodziły do tego technicznie. Nie można iść obrażonym, że „ja dzisiaj nie startuję”, tylko raczej z nastawieniem „niech wystartują najlepsi, bo pieniądze będą dla nas wszystkich”. Żeby wygrać ten turniej, trzeba nie tylko dobrze skakać, ale też dobrze myśleć

– podkreśla wiślanin. Zaznacza jednocześnie, że póki co nie jest wiadome, kiedy doczekamy się drugiej edycji polskiego tournée.

W tym momencie turniej jest jednorazowy. FIS przyznał nam go z tego względu, że w tym roku nie ma głównych imprez takich jak igrzyska olimpijskie czy mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym i na resztę jest więcej czasu. W kolejnym roku wiemy, że raczej nie będziemy mieć drugiego turnieju, ale jeśli wszystko dobrze wypadnie, w następnych latach jest szansa, że powróci. Już poprzedni dyrektor Pucharu Świata Walter Hofer był bardzo za tym pomysłem i promował to, aby turnieje zastąpiły same pojedyncze pucharowe konkursy

– zaznacza Adam Małysz.

Konkurs duetów w Wiśle i marzenia o czołowej trójce

Pierwszym akcentem tegorocznego Polskiego Turnieju będą piątkowe kwalifikacje w Wiśle, które wyłonią pierwszych liderów cyklu. W sobotę odbędzie się natomiast drużynowy konkurs duetów, w którym każda z reprezentacji wystawi po dwóch najmocniejszych skoczków. To też stosunkowo nowy format, który zadebiutował w Pucharze Świata 12 lutego zeszłego roku. Wówczas w amerykańskim Lake Placid najlepszy okazał się polski duet składający się z Dawida Kubackiego i Piotra Żyły.

Oglądałem te zawody i bardzo mi się to podobało. Dopuściłbym jednak czterech zawodników z danego kraju, czyli dwie drużyny, tak jak jest to czasem w biegach narciarskich. Aktualny format jest trochę krzywdzący dla tych, którzy mają czterech lub nawet sześciu skoczków na podobnym poziomie. Później ciężko jest wybrać tych dwóch. FIS bardziej idzie w stronę tego, żeby bardziej pomagać słabszym krajom i dać im szansę startu. Często nie ma w takich krajach czterech zawodników, którzy mogliby wystartować w normalnych drużynówkach. Jestem tego samego zdania co Kamil Stoch. To jest tradycja. Na igrzyskach olimpijskich we Włoszech w 2026 roku tradycyjnej drużynówki nie będzie, mają być tylko „super teamy”. To jest krzywdzące. Choćby w dyscyplinach biegowych dokłada się pewne dystanse, więc można było po prostu dołożyć ten konkurs, zamiast usuwać tamten

– twierdzi Małysz.

Warto wspomnieć, że „Orzeł z Wisły” za swoich najlepszych sportowych czasów niezbyt często miał okazję cieszyć się z bardzo dobrych wyników polskiej drużyny. Mimo iż sam dominował w międzynarodowej stawce, to najczęściej brakowało mu wsparcia solidnych rodaków w ekipie. Za czasów największej „małyszomanii” tylko w grudniu 2001 roku zameldował się na trzecim stopniu podium w Villach (wraz z Wojciechem Skupniem, Łukaszem Kruczkiem i Robertem Mateją). Później w 2009 roku był drugi w Planicy (z Kamilem Stochem, Łukaszem Rutkowskim i Stefanem Hulą), a w 2011 roku dwukrotnie trzeci – w Willingen (ze Stochem, Hulą i Piotrem Żyłą) oraz Lahti (z Żyłą, Stochem i Tomaszem Byrtem).

Żałuję, że za moich najlepszych czasów nie było takich chłopaków jak teraz, bo jednak w tych drużynówkach od pewnego czasu bardzo dużo zdziałaliśmy. Super Team też zapoczątkowaliśmy zwycięstwem. Mam nadzieję, że w Polskim Turnieju też walka będzie do samego końca. Może nasi zawodnicy nie są w topowej formie, ale ona wzrasta i mam nadzieję, że nie odpuszczą. Jeśli byliby w pierwszej trójce, byłoby super. Wiemy, że dyspozycja nie jest jeszcze taka, żeby walczyć o najważniejsze trofeum, ale jesteśmy u siebie. Warto zaryzykować i powalczyć. Patrząc indywidualnie, wszyscy marzą o tym, aby udało się w końcu wskoczyć do czołowej dziesiątki. W Innsbrucku wywróżyłem, że będziemy mieli czterech w trzydziestce, w Bischofshofen pięciu – i było. Fajnie jakby wszyscy weszli do trzydziestki, a jeden, dwóch skoczków było w pierwszej dziesiątce. Myślę, że w tym momencie naszych spokojnie na to stać

– stwierdził prezes PZN.

Skocznia w Wiśle trudniejsza po przebudowie?

Wydaje się jednak, że pierwsze skoki na obiekcie im. Adama Małysza mogą nawet najbardziej doświadczonym zawodnikom przysporzyć nieco problemów. A to przez modernizację obiektu, który już od dłuższego czasu wymagał gruntownego remontu. W poprzednich miesiącach zupełnie odnowiono profil zeskoku, zmieniono także kąt nachylenia progu. Jaki będzie to miało wpływ na oglądane przez nas próby?

Sam zeskok nie jest aż tak ważny. Jeżeli zawodnik jest w dobrej dyspozycji, wówczas to co dzieje się na rozbiegu i samym progu jest najważniejsze, później już sobie poradzi. Oczywiście jeden mocniej się odbija i leci wyżej, a drugi jest bardziej lotny, leci płasko, ale szybciej. Będzie trochę zdziwienie po samym wyjściu z progu po pierwszych skokach, bo w tym momencie nachylenie progu wynosi nie 10,5, a 11 stopni. Próg stał się dużo bardziej „zjazdowy”. Jest też podniesiony cały zeskok, więc powinno się lecieć zdecydowanie niżej. Prawdopodobnie rozbiegi pójdą w górę, ponieważ będzie trzeba mieć większą szybkość, żeby na tej skoczni odlecieć. Ciekawe jest też to, że przejście z zeskoku na przeciwstok jest bardziej łagodne. A wcześniej tej „kontry” podczas odjazdu niektórzy zawodnicy się wręcz bali

– tłumaczy wybitny reprezentant Polski, który sam wystartował na skoczni swojego imienia pięciokrotnie. W latach 2010 wygrał tam nawet dwa konkursy w ramach Pucharu Kontynentalnego i Letniego Grand Prix.

Na pewno największe zdziwienie będzie dla tych, którzy oddadzą zły skok z progu. Ci, którzy się dobrze odbiją też mogą być zdziwieni, bo nie polecą tak wysoko jak wcześniej, tylko niżej. Na początku może być takie wrażenie, że „wydawało mi się, że się dobrze odbiłem, ale nisko lecę”. Kiedy zawodnik wyleci jednak za bulę, już wie ile jest w stanie ulecieć. Pierwsze skoki dla każdego będą ciekawe, ale pierwsi zawodnicy mogą lądować na buli

– dodaje Małysz.

Polacy bez juniorów w Wiśle. Kwestie mentalne problemem?

Jak już informowaliśmy, o sile reprezentacji Polski w Wiśle będzie stanowić dziewięciu zawodników. Pięciu z nich to skoczkowie kadry A Thomasa Thurnbichlera, którzy tej zimy zdobywali już punkty do klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. W tym gronie są: Piotr Żyła, Dawid Kubacki, Kamil Stoch, Aleksander Zniszczoł oraz Paweł Wąsek. Ekipę uzupełni trzech zawodników kadry B Davida Jiroutka (Klemens Murańka, Andrzej Stękała, Jakub Wolny) oraz jeden skoczek podhalańskiej grupy bazowej – Maciej Kot. Warto podkreślić, że w tym gronie najmłodszym zawodnikiem jest 24-letni Wąsek, a najstarszym prawie 37-letni Żyła. W tym gronie próżno szukać juniorów, których przecież większość nacji prezentuje w grupie krajowej podczas „domowych” zawodów. Średnia wieku Biało-Czerwonych w Wiśle przekracza zresztą 30 lat. Czy to powód do zmartwień?

Ja załamuję ręce od jakiegoś czasu. Nie jest to dzisiaj proste wyzwanie. Pojawiają się młode talenty, które wydaje się, że już są na takim poziomie, że za chwilę będą skakać w Pucharze Świata. Kiedy wydaje się, że wszystko pójdzie dobrze, jest ta próba i rozczarowanie. Wtedy oni wracają na pewien poziom i muszą z powrotem się odbudowywać. Z Thomasem Thurnbichlerem mamy plan, co zrobić aby tę młodzież podnieść. W dużym stopniu będzie to jednak zależało od nich samych. Nie jesteśmy w ich skórze. Możemy im pomagać z zewnątrz, ale dochodzi do tego psychika. Dzisiaj to jest coś nieubłagalnego. Jeśli zawodnik startuje w treningu i wszystko jest fajnie, a później przychodzą zawody i go nie ma, to widać że nie radzi sobie z psychiką i ten stres go zjada

– nie ukrywa prezes Polskiego Związku Narciarskiego. Dodaje, że opanowanie kwestii mentalnych może być jedną z najważniejszych kwestii na drodze do osiągniecia sukcesu.

Ja miałem podobnie. Jak zaczynałem, w treningach i kwalifikacjach było fajnie, ale w zawodach miałem problem, żeby zmieścić się w trzydziestce. Później pracowałem z psychologiem. Nie wszystko było na „pstryknięcie” palców, potrzebowałem do tego sporo czasu, ale udało się to zrealizować. Psycholog pomaga radzić sobie w trudnych sytuacjach. To nie jest tak, że przychodzi, robi coś cudownego, od razu skaczesz najlepiej, ze wszystkimi wygrywasz i nie masz stresu. Musisz się nauczyć pewnych metod

– tłumaczy Małysz, który także dzięki znakomitej wytrzymałości mentalnej został jednym z najlepszych skoczków narciarskich w historii. Dodaje jednocześnie, że aktualnie młodzi skoczkowie nie zawsze są w stanie odpowiednio skorzystać z danych im szans.

Często nie korzystają z podpowiedzi i ciężko ich przekonać do pewnych rzeczy. Wielu współpracuje z psychologiem kadrowym czy też indywidualnie, ale nie do końca działa to tak, jak nawet oni sami by chcieli. To bardzo indywidualna sprawa. Każdy potrzebuje czegoś innego i musi się skupić na czymś innym. Ciężko też robić spotkania grupowe. Za moich czasów też tego próbowaliśmy, ale to nie funkcjonowało. Zawodnik musi chcieć się temu poddać i trafić na osobę, która jest mu w stanie pomóc i jest do tego stworzona

– skwitował.

 

Karol Cześnik, korespondencja z Wisły
+ Bartosz Leja

 

Dodaj komentarz